Reklama

Petycja do prezes Trybunału Konstytucyjnego

Życie stało się niemożliwie

2018-12-18 11:05


Edycja łódzka 51/2018, str. IV

Archiwum Lidii Bojarzyńskiej
Widok z klasztoru Tibhirine

8 grudnia br. w Oranie w Algierii beatyfikowano bp. Pierre’a Claverie i towarzyszy – 19 męczenników z Algierii, którzy stracili życie w latach 90-tych. Wśród nich znalazło się 7 trapistów, o których świat usłyszał za sprawą filmu „Ludzie Boga”: o. Christian de Chergé, o. Christophe Lebreton, o. Célestin Ringeard, o. Bruno Lemarchand, br. Paul Favre-Miville, br. Luc Dochier i br. Michel Fleury. Ich losy splotły się z życiem Lidii Bojarzyńskiej – dziewicy konsekrowanej, która wyjechała do Algieru w 1981 r. Począwszy od 1991 r. regularnie jeździła do klasztoru Matki Bożej z Atlasu na tygodniowe rekolekcje i kwartalne dni skupienia, a o. Christian de Chergé – przeor klasztoru w Tibhirine – był jej duchowym opiekunem. Dla chrześcijan stanowiących mniejszość religijną w kraju muzułmańskim odległość ponad 100 km, które dzielą Tibhirine od Algieru, nie miała wielkiego znaczenia. Do klasztoru jeździło się zaczerpnąć duchowego oddechu od życia w stolicy. Z kolei mnisi w każdej potrzebie – czy to zdrowotnej, czy w podróży – korzystali z Domu św. Augustyna. Dziś, ponad 20 lat od tamtych wydarzeń, siedzimy w deszczowe przedpołudnie przy stole zasłanym zdjęciami, listami, zapiskami, notatkami i książkami, i próbujemy odczytać przesłanie, jakim było ich życie i śmierć. – Cieszę się, że mogę o nich opowiadać, bo w ten sposób znowu stają mi się bliscy – podsumowuje pani Lidia, dziś mieszkająca w Łodzi, w rozmowie z Dominiką Szymańską

Dominika Szymańska: – Jak wyglądała codzienność w klasztorze w Tibhirine?

Lidia Bojarzyńska: – To była praca rolniczo-ogrodnicza. Do tej pory jest tam wielki sad, ziemia. Mieli owce – trochę na sprzedaż, trochę dla siebie – to jest tamtejsze źródło utrzymania. Modlili się, czytali. Mogliśmy uczestniczyć razem z nimi w modlitwach, które były bardzo proste. Dobrze się z nimi modliło. Nie wiem, na czym to polega, w tym nie było wielkiej ceremonialności. Często w kaplicy byli boso, tak jak muzułmanie boso wchodzą do meczetu. Mnisi stali z przodu w chórze, a my w ławkach z tyłu.
Później, gdy zrobiło się już bardzo niebezpiecznie, prawie nikt do nich nie przyjeżdżał. Braciom tak brakowało ludu Bożego, że ustawili swoje stele na kształt litery „v”, tak by być naprzeciw siebie, ale by nie widzieć tej pustki. Dla mnie nadzwyczajny był ich sposób przyjmowania innych, gościnność. I wobec muzułmanów, i wobec wszystkich. U trapistów w Tibhirine nie czuło się żadnej rezerwy, tam naprawdę się było członkiem rodziny. Oni z nas formowali Kościół. Byliśmy różnych narodowości, a oni wszystkim służyli.

– Jacy byli trapiści z Tibhirine jako ludzie?

– Byli prości za życia i są prości po śmierci. Br. Paul – hydraulik i spadochroniarz. Był bardzo pogodny, zajmował się domem gościnnym. Miał takie dwojaki, w których przynosił jedzenie, zawsze coś wesołego powiedział. Zajmował się też ogrodem i parkiem. Br. Céléstin, przed wstąpieniem do trapistów był księdzem, który pracował z trudną młodzieżą. Ogrom tej pracy i jej niewielka skuteczność spowodowały, że wybrał modlitwę zamiast aktywności. Jednak nie bardzo stracił temperament człowieka aktywnego. To była taka pierwsza gaduła klasztoru. Luc był lekarzem, przyjmował chorych z okolicy, zwłaszcza dzieci. Przychodziło ich tylu, że bez przerwy był zajęty. Zdarzało mu się pokrzykiwać na ludzi, gdy nie stosowali się do jego poleceń. Trzymał leki dość daleko od gabinetu, gdzie przyjmował, żeby – wychodząc po te leki – mieć czas na odetchnięcie i zastanowienie się nad diagnozą. Sam był mocno schorowany, cierpiał na astmę. Złożył śluby brata konwersa, bo ze względu na pracę nie miał możliwości uczestniczyć we wszystkich liturgiach. Jednak kiedy tylko mógł, przychodził do kaplicy. Michel gotował. To taki człowiek modlitwy, niezbyt manualnie uzdolniony. W kaplicy Domu św. Augustyna o. Christian siadał zawsze jak najbliżej tabernakulum po prawej stronie, a Michel zawsze wybierał miejsce w samym końcu kaplicy. Christophe’a często widywało się na traktorze. Pięknie śpiewał. Niezwykłe wrażenie wywierał też jego sposób udzielania Eucharystii: patrzył człowiekowi w oczy i czekał na odpowiedź wiary. O. Bruna nie znałam – przebywał w klasztorze w Maroku i do Tibhirine przyjechał na kapitułę wyboru przeora na kilka dni przed porwaniem.

– Po ultimatum do obcokrajowców wystosowanym w 1993 r. sytuacja stała się naprawdę niebezpieczna, a mnisi żyli w poczuciu ciągłego zagrożenia. Dlaczego zdecydowali się pozostać?


– Przełożeni z Aigubelle mówili: „Chcemy mieć braci, a nie męczenników”. Nie chcieli, żeby stali się „mięsem ofiarnym”. I każdy z mnichów też to rozważał. Coraz gorzej się działo w życiu okolicznej ludności i zaprzyjaźnionych sąsiadów. W mnichach mieli jakieś oparcie, poczucie, że są razem. Luc leczył wszystkich, braci z gór i braci z dolin, bardzo służył ludności. Zaważyło to, że nie opuszcza się braci w trudnej sytuacji. Gdyby stwierdzili – „boimy się, wyjeżdżamy” – następnego dnia klasztor stałby się siedzibą albo tych z gór, albo wojsk rządowych. Jedni i drudzy byli zagrożeniem, bo wśród ludzi były powiązania, wszyscy wszystkich się bali. Jednak decyzję mieli podjąć indywidualnie. Każdy miał wolny wybór.
Christophe napisał kiedyś o tym, że gdy okazało się, że wszyscy postanowili pozostać, ta decyzja ich jakoś bardzo scaliła: „Między nami jest teraz taka więź, takie braterstwo, tak nam jest dobrze razem, że to nie może długo trwać”. Jak to we wspólnocie, zawsze zdarzają się jakieś tarcia, jakieś nieporozumienia. To było takie bardzo ludzkie spojrzenie, a okazało się prorocze.

– Ale przecież oni bali się, wahali, to nie było takie oczywiste: zostać i ryzykować śmierć.

– Christian tłumaczy w testamencie, że nie chce być męczennikiem. Jednak sytuacja była taka, że życie stało się niemożliwe. Ostatni raz byłam u nich 17 stycznia 1996 r., w dzień św. Antoniego. Jechaliśmy z biskupem zawieźć jednego z braci. Upiekłam chruścików polskich, bo Christian miał urodziny. Nie mogłam spać w domu gościnnym, żeby nie było widać, że światło się świeci, że ktoś jest. Do kaplicy na Kompletę też nie można było już przychodzić, bo wszystko jak najwcześniej zamykano. To było życie jak za okupacji niemieckiej. Nie dało się tak żyć, nie można było być spokojnym mnichem kontemplacyjnym. Nie bardzo miało sens takie trwanie. Musiało się coś przesilić: albo musiał nastać pokój, albo musieli umrzeć, albo wyjechać. Nie dano im tej szansy, żeby zostali i żyli. Chyba lepiej, że zostali. Chyba lepiej. Dali świadectwo odwagi, braterstwa.

– To braterstwo dotyczyło nie tylko relacji między braćmi ze wspólnoty Tibhirine, ale też zaprzyjaźnionych sąsiadów muzułmanów. Przy czym ich celem tak naprawdę nie była ewangelizacja.


– Nie, nie, żadnej ewangelizacji. Oni mieli zupełnie inną wizję i misję. To był klasztor kontemplacyjny w kraju muzułmańskim, który nie tyle zajmował się relacją z muzułmanami, co własną duchowością trapistów. To się zaczęło trochę zmieniać, gdy przeorem został Christian. Jego ojciec był generałem, który dostał pracę w Algierii w czasach, gdy ta jeszcze należała do Francji. Tam jako dziecko spędził 5 lat. Jego matka, która była bardzo religijną osobą, nauczyła go szacunku do modlitwy muzułmanów, którą słyszeli codziennie w ciągu dnia. Później, gdy wstąpił do seminarium diecezjalnego, a wszyscy klerycy musieli przejść służbę wojskową, sam zgłosił się do Algierii (był to już czas wojny wyzwoleńczej).
Pracował w administracji zajmującej się potrzebami ludności muzułmańskiej i jako oficer miał kontakt z pewnym muzułmaninem – strażnikiem polowym. Zaczęli rozmawiać też o wierze i Bogu, nawiązała się między nimi więź przyjaźni. Któregoś dnia zdarzyła się taka sytuacja, że Christiana został zaatakowany przez algierskich partyzantów. Wtedy ten jego przyjaciel, Mohammed, osłonił go i uratował mu życie. Na drugi dzień jego zabili, gdy poszedł po wodę do studni. Był ojcem dziesięciorga dzieci. Christian całe życie nie mógł przejść nad tym do porządku dziennego. To doświadczenie nim wstrząsnęło. Przekonał się, że muzułmanie mogą być szlachetni i dobrzy, że się modlą się, mają głęboki kontakt z Bogiem. Cały czas widział to, co jest pozytywne w Koranie, w islamie. To była jego idée fixe. Po tym jak wstąpił do zakonu trapistów, wysłano go do Rzymu na studia islamistyczne. Tam szperał w Koranie, szukał tego, co łączy Koran z Biblią, to była jego pasja. I z tą pasją przyjechał do Tibhirine. Nie bardzo miał na początku zrozumienie i zapał wśród innych. To się tworzyło powoli.

– Czy to znaczy, że inni bracia nie podzielali tej wizji?


– Inaczej to rozumieli. Np. brat Luc służył jako lekarz. On się nie zajmował islamem, Koranem. Jego pasją było leczyć ludzi potrzebujących i już. Spośród tych, którzy zginęli jeszcze dwóch było takimi pasjonatami jak Christian: najmłodszy Christophe i rozmodlony, cichy Michel. Co prawda to nie oni byli inicjatorami, ale utworzono taką grupę Ribât-el-Salâm, Więź Pokoju, gdzie spotykali się właśnie tam, w ich klasztorze z sufi – mistykami muzułmańskimi nastawionymi pokojowo, którzy też żyli swoją własną duchowością kontemplacyjną. Nawet w dniu uprowadzenia to spotkanie miało miejsce, choć ze względów bezpieczeństwa wzięli w nim udział jedynie chrześcijanie.
A wracając do Christiana, w jego życiu miało miejsce jeszcze trzecie wydarzenie, które go ukształtowało. Pewnego razu jako przeor wieczorem znajdował się w kaplicy. Nie wiadomo, w jaki sposób wszedł tam pewien muzułmanin i zaproponował wspólną modlitwę. Modlili się na przemian, raz jeden, raz drugi. Muzułmanin suratami, a Christian psalmami. Dla Christiana to było bardzo ważne i był przeszczęśliwy. To, o czym marzył, spełniło się, choć tylko punktowo. Z jedną osobą, przez krótki czas, raz tylko, ale to miało miejsce. On był dzieckiem Soboru Watykańskiego II. Żył deklaracją o szacunku do religii niechrześcijańskich, gdzie mówiono o szacunku do muzułmanów, o tym, że w nich też Duch Święty działa. To było jego pasją.

– Jakie przesłanie niesie dziś ta beatyfikacja? I o co możemy prosić za ich wstawiennictwem?


– O to, żebyśmy umieli muzułmanów szanować. Wśród muzułmanów jest wielu ludzi, w których jest dobro, jakie może pochodzić tylko od Boga, który nas w to dobro wyposaża. Trudne dzisiaj jest to współżycie z muzułmanami, bo zatrute nienawiścią i niesamowitą indoktrynacją. Na pewno ta beatyfikacja nie ma na celu mówić: „Chrześcijanie, spójrzcie, co ci muzułmanie nam zrobili”. Wręcz przeciwnie. Ich życie było darem dla Boga, dla Kościoła, i dla ludzi, którzy ich otaczali, czyli dla muzułmanów.
Istotę beatyfikacji 19 męczenników algierskich oddaje list pasterski tamtejszych biskupów: „Każdy z nich poniósł śmierć, ponieważ z pomocą łaski dokonał wyboru pozostania. Wybrali wierność tym, którzy stali się ich bliskimi, z tej samej dzielnicy czy kręgu wspólnego posługiwania (...). I to muzułmanie najbardziej cierpieli po ich tragicznej śmierci, wstydząc się, że takie czyny popełniono w imię islamu”.

Tagi:
trapiści

ŚDM w Panamie: dziś Polskie Spotkanie Narodowe

2019-01-23 16:39

pb (KAI Panama) / Panama

Dziś wieczorem (czasu panamskiego) polscy uczestnicy Światowych Dni Młodzieży w Panamie zgromadzą się na Polskim Spotkaniu Narodowym. Odbędzie się ono na placu przy centrum handlowym Albrook Mall, gdzie w 1983 r. Mszę św. odprawił św. Jana Paweł II.

Piotr Drzewiecki/Niedziela

Jak informuje Krajowe Biuro Organizacyjne ŚDM, Mszy św. będzie przewodniczył Prymas Polski abp Wojciech Polak, a homilię wygłosi bp Marek Solarczyk, przewodniczący Rady Konferencji Episkopatu Polski ds. Duszpasterstwa Młodzieży. Uczestnicy liturgii będą modlić się w intencji polskiej młodzieży, dziękując za czas przygotowań do ŚDM w Panamie oraz prosić o owoce tego spotkania.

Msza św. rozpocznie się o godzinie 18.00 (o północy czas u polskiego). Po Eucharystii odbędzie się koncert, w czasie którego wystąpią polscy artyści: Olga Szomańska, Darek Malejonek, Marcin Wyrostek, Marcin Januszkiewicz oraz Siewcy Lednicy, a także gość specjalny z USA – Stan Fortuna.

Spotkanie jest otwarte dla wszystkich chętnych. Msza św. będzie sprawowana po polsku, koncert zaś będzie prowadzony w trzech językach - polskim, hiszpańskim i angielskim.

Spotkanie zostało przygotowane przez Krajowe Biuro Organizacyjne Światowych Dni Młodzieży oraz Organizatorów Rejsu Niepodległości.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Akcja dom

Polski biskup na pierwszej stronie panamskiego dziennika

2019-01-23 22:27

pb (KAI Panama) / Panama

Zdjęcie polskiego biskupa znalazło się na okładce panamskiego dziennika „La Prensa”. Przedstawia ono bp. Jana Piotrowskiego z Kielc przemawiającego podczas przyjęcia dla pielgrzymów z Polski, uczestniczących w Światowych Dniach Młodzieży, wydanego w synagodze Kol Szearit Israel w dzielnicy Costa del Este w Panamie.

By. Mivielk Perez/flickr.com

Na fotografii figuruje także miejscowy rabin Gustavo Kraselnik, który współpracuje z lokalną parafią katolicką św. Łukasza. Kilka miesięcy temu w czasie prywatnego spotkania katolicy mówili o potrzebie przyjęcia uczestników ŚDM i wówczas rabin spontanicznie wyraził gotowość włączenia się w to dzieło. W rezultacie wspólnota żydowska gości w swoim budynku 49 Polaków.

Obecnie podkreśla, że taka współpraca jest owocem dialogu katolicko-żydowskiego, podjętego w połowie XX w. Umożliwiła ona serdeczne i pełne szacunku relacje, dzięki którym „uczymy się, że pomimo dzielących nas różnic, możemy współdziałać z korzyścią dla wspólnego społeczeństwa i wartości, które podzielamy”.

Gazeta publikuje także trasę dzisiejszego przejazdu papieża Franciszka ulicami Panamy z lotniska Tocumen do budynku nuncjatury apostolskiej. Z detalami technicznymi opisuje papieski pojazd – papamobile.

„La Prensa” podkreśla również, że „anonimowymi bohaterami” ŚDM są panamskie rodziny przyjmujące pielgrzymów w swoich domach.

Cytuje też pielgrzymów z Gwatemali. 21-letni Guillermo González Ramírez opowiada, że w 2016 r. babcia ufundowała mu bilet na ŚDM w Krakowie. Dla tego studenta informatyki pobyt w Polsce był ważnym momentem w życiu, dlatego postanowił przeżyć podobne doświadczenie w Panamie.

Również 30-letnia Alejandra Bran była w lipcu 2016 r w Polsce. Podkreśliła, że wielu młodych, którzy chcą uczestniczyć w ŚDM musi znaleźć sobie dodatkową pracę, by móc pokryć koszty przejazdu i pobytu zagranicą.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem