Reklama

Studia na UKSW - pielęgniarstwo

Potrzebujemy Drugiego Człowieka

Boga trzeba uczyć się od ludzi

2018-10-24 10:55

Anna Skopińska
Edycja łódzka 43/2018, str. III

Łukasz Głowacki
Ks. Juliusz Lasoń

Z ks. Juliuszem Lasoniem, diecezjalnym duszpasterzem służby zdrowia i niezwykłym – swoją empatią, wrażliwością, oddaniem i Bożą mądrością – kapelanem szpitala im. M. Kopernika w Łodzi, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Kiedy biega Ksiądz po szpitalnych korytarzach, to widzi starzejące się społeczeństwo?

Ks. Juliusz Lasoń: – Tak. To widać. Ale jest większy problem, który też widać – to rozpad rodziny.

– W szpitalu też można to dostrzec?

– Opiekuje się Pani najbliższymi? A wie Pani, kto będzie się Panią opiekował?

– Nie wiem...

– I to jest ten problem. Bardzo często, jak namaszczam chorych czy przy nich siedzę, gdy są rodziny, to czasami im to mówię: Módlcie się, by był ktoś przy was. Już nie – żeby pięć osób stało przy łóżku...

– Chociaż jedna...?

– Jedna. Kto chwyci za rękę? Staram się to robić, ale nawet jak tych ludzi lubię, znam, jestem z nimi od kilku lat, to nie zastąpię im córki ani syna. A to ich dotyk jest bezcenny.

– Chorzy mówią, że mają o to żal?

– Nie. Oni zawsze tłumaczą. Chociaż zdarzają się osoby – i to jest bardzo brutalne wejście w prawdę – które zadają pytania, od których ciarki przechodzą. Jak kobieta, matka piątki dzieci, z których żadne jej nie odwiedziło, gdy leżała w szpitalu. Wychodząc spytała mnie: „Gdzie popełniłam błąd?”.

– Trudno na to odpowiedzieć...

– Czy ja się będę wymądrzał? Bo co mam jej powiedzieć? Co to zmieni, że teraz będziemy wałkowali, że ten błąd popełniła? Zachęcałem ją tylko, by dalej budowała rodzinę, by dalej w niej była, starała się. To przecież matka – do końca, do ostatniego oddechu – buduje rodzinę.

– Kryzys rodziny to jedno, ale może to w nas jest takie pielęgnowanie swojego „ja”, takie zapatrzenie tylko na siebie?

– Oczywiście, że kryzys wynika z bardzo wielu powodów. Jednym z nich jest wszechobecna kultura egoizmu. Kiedyś ludzie bali się powiedzieć, że są hedonistami. W tej chwili w gazetach opisują – jestem hedonistą. I to jest dramat. Dramat, gdy kobieta, rozmawiając o leczeniu, o tym że to długo trwa, mówi mi o komforcie życia. Co to znaczy komfort życia? To znaczy, że jest skoncentrowana na sobie. A dzieci? Moja mama chorowała i ona była mi potrzebna, mimo że już leżała w łóżku i nie była w stanie się ruszyć, bo sześć lat brała chemię. Dla mnie była ważna do końca. Ludzie są tak skoncentrowani na swoim „ja”, na swoim „ego”, że nie widzą, że są potrzebni innym. A czasami ci inni pokazują im: Nie jesteście nam potrzebni. To jest największy dramat współczesności – ludzie nikomu do niczego niepotrzebni.

– I to widać w szpitalu? A co jeszcze?

– Widzę masę ludzi, którzy starają się pomagać, którzy próbują, empatycznych, chcących pracować i ciągle narzekających na to, że przepisy, kłopoty, że ta cała biurokracja przeszkadza im służyć. Bo siedzą przy komputerach, wstukują te tysiące niepotrzebnych czasami danych, czego nie powinien robić lekarz, ale jakiś personel pomocniczy. A lekarz powinien mieć więcej czasu dla chorego.

– A gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg? Pozwala nam na ten egoizm, bo mamy wolną wolę?

– Jasne, że tak. Doświadczamy non stop tej wolności. Ale genialną rzeczą jest to, że w naszym kraju obecność Boga nie jest jeszcze taka mała. I jest w sercach ludzi. Bo nawet, jak kogoś widok księdza w sutannie zdenerwuje, to mu też przypomni o tym, że On jednak jest. To jest ta ciągła walka o swoją własną duszę.

– Czyli jak ktoś trafia do szpitala, to przysłowie: „Jak trwoga to do Boga” się sprawdza?

– Czasami tak. Ale to bardzo dobrze. Może niedobrze, gdy ktoś Go tak długo nie miał, ale to też znak, że jednak z perspektywy ludzie nie stracili Pana Boga. I są gdzieś tam przy Nim, i coś tam jeszcze pamiętają, i wiedzą gdzie pójść. Że nie włączą telewizora, komputera, radia i nie zagłuszą wszystkiego. Nie pójdą do kolegi, który im nie pomoże, albo więcej lub mniej pomoże. Tylko pójdą do Pana Boga.

– A Ksiądz nie stracił przez te wszystkie lata empatii? W każdym zawodzie pojawia się czasem taki problem wypalenia, ale czy on dotyczy kapelana?

– Pewnie że dotyczy, ale problem nie jest tyle w wypaleniu, co w fizycznym zmęczeniu, bo dwadzieścia cztery godziny na dobę muszę być pod telefonem. A druga sprawa to mnożenie ludzi. Idąc do chorego, po drodze spotykam chorych, którzy byli tu 5, 10 lat temu, czy jacyś pracownicy nabierają do ciebie zaufania i chcą zamienić kilka słów. Więc czasami idąc do chorych, nie dochodzę do nich i kilka godzin siedzę na korytarzach czy gdzieś rozmawiam, przypominamy sobie ludzi, omawiamy pewne sprawy. Tych osób jest tyle, że to nie do opanowania.

– Gdyby Ksiądz zamienił szpital na mniejszy, byłoby inaczej?

– Po kilku latach byłoby to samo. Poznajesz ludzi, oni ciebie poznają, jeśli nabierają do ciebie zaufania to znaczy, że jest nieźle, próbujesz potem to rozwijać i tak się dzieje. Pierwszą pretensją, jaką ludzie mają do księży, jest to, że ci nie chcą rozmawiać, że nigdy nie mają czasu.

– Ale Ksiądz rozmawia...

–Też czasami nie mam czasu, też powinienem robić to częściej. Z jednej strony powinienem czasami przejść oddział i porozmawiać, potem powiedzieć: „Fajnie, nie uciekłem przed tymi ludźmi, porozmawialiśmy sobie”. Ale z drugiej strony gdzieś w sercu pojawia się pytanie: „A gdzie następne dziesięć oddziałów?”. Szpital to jest miejsce ciągłego nienasycenia. I ciągłego deficytu – czasu, miejsca, ludzi, spraw.

– Ksiądz „ogarnia” szpital, Dom Pomocy Społecznej, amazonki. Nie za dużo tego cierpienia? Chorób?

– Nikt o tym nie mówi, ale to jest oczywiste, że oprócz miłości Pana Boga człowiek za wszystko płaci. Mając rodzinę, inwestując czas, miłość. Niektórzy nie chcą tego robić, dlatego tak mało w tej chwili miłości na świecie. Bo za wszystko trzeba zapłacić. Za to też.

– Czym Ksiądz płaci?

– Tym że czasami człowiek się budzi i coś go zaboli i myśli sobie: „Spotkałem wczoraj kogoś, kogo bolało, a to był nowotwór”. Ale to za chwilę przechodzi. Najważniejszą sprawą w tej sytuacji jest modlitwa. A nawet więcej – bo modlitwa byłaby moja własna, tu chodzi o łaskę Pana Boga. A nie to, co ja chcę. Potrzeba więcej łaski niż czegokolwiek innego.

– Powiedział Ksiądz, że sutanna jest dla niektórych przypomnieniem. I to są jakieś takie mocne wstrząśnięcia?

– Ludzie czasami wyzywają, czasem się uśmiechają, a czasem przychodzą po latach. Mówią: „Kiedyś rozmawialiśmy o tym...”. Pamiętam to, czasem nie. Ale sutanna to jest znak, który musi być. Dlatego w niej chodzę.

– Tym ludziom daje to jakieś bezpieczeństwo?

– To jest bezwzględnie znak. Tym ludziom? Nie wiem, trzeba ich o to zapytać. Wycofanie się z sutanny na ulicach jest pokazaniem – nas tam nie ma. Mnie w tej chwili też rzadziej widać na ulicy w sutannie, bo jeżdżę do szpitala rowerem. Ale sutanna jest podstawą. To jest druga skóra.

– A potrzebny jest Ksiądz w szpitalu?

– Myślę, że tak. I personelowi, i chorym. Pewnie, że nie wszystkim. To też wywołanie takiej potrzeby. Nagle uświadamiam sobie, poprzez zobaczenie sutanny, że jest Pan Bóg. To może wyzwolić powrót.

– Kopernik nie jest łatwym szpitalem ze względu na onkologię?

– Niech Pani to powie ludziom, którzy są po udarze. Że na onkologii jest gorzej. Nie ma co wartościować. Cierpienie jest cierpieniem. Dla Pani będzie uśmiechem, jak zaboli ząb, a dla kogoś innego będzie to bardzo poważne cierpienie, którego może nie doświadczył przez lata.

– Pokutuje w nas jednak coś takiego, że na onkologii jest może więcej śmierci...

– Śmierci tam za dużo nie ma, bo szpital jest od leczenia a nie od umierania. Ale jest np. OIOM. Choroba nowotworowa bardzo często rozciągnięta jest w czasie, a choroby powypadkowe czy udar powodują, że w ciągu sekundy czasem wali ci się cały świat.

– Jak spotyka Ksiądz przypadek – chorobę, historię osoby, która ruszy serce, to pyta Boga: „Czemu”?

– „Boże choć Cię nie pojmuję, jednak nad wszystko miłuję”. Nie muszę tego rozumieć.

– A nie chce Ksiądz szukać odpowiedzi?

– Oczywiście, że szukam. Ale w czasie. Każde dopuszczenie cierpienia ma swój sens. Bóg chce coś nam powiedzieć. Wczoraj w szpitalu umarła młoda dziewczyna. Wspaniała rodzina, cudowni ludzie. I kiedy oni teraz płaczą nad śmiercią córki, to ja im nie będę tych pytań zadawał. Po prostu mam z nimi być. Czasami to wymaga lat. By zrozumieć, że czyjaś choroba miała także wpływ i na mnie, i na innych. Tu chodzi o zaufanie Bogu, by wiedzieć, że On wie, co robi.

– A wie, co robi?

– Oczywiście, że wie, tylko, że to nie jest tak, że ja zrozumiem od razu. „Będziecie jako bogowie”. To znaczy wszystko będę wiedział, rozumiał. Czasem dopiero zrozumiem niektóre rzeczy, jak się u Niego pojawię. Chociażby nagłe i szybkie odejście mojego taty. Był przecież bardzo ludziom potrzebny.

– Tata odszedł bardzo szybko, mama cierpiała dłużej... Jak lepiej umierać?

– Pan Bóg tym kieruje. Nie dość, że jest to sprawa danego człowieka, to także i jego otoczenia, jego rodziny, przyjaciół, znajomych. A może przypadkowych ludzi, którzy się nagle przy nim pojawią? To jest zbyt skomplikowane. Pan Bóg przemawia czasem do ludzi, także do mnie, przez zupełnie przypadkowe spotkania, widzenia. Czyli przypadków nie ma.

– A jak przygotować się do tego, by –jak Ksiądz powiedział – „nie zostać samemu w cierpieniu”? Mimo wielkiej rodziny. Da się to jakoś „ogarnąć”?

– Trzeba inwestować swoje życie w drugiego człowieka. „Więcej szczęścia jest w dawaniu aniżeli w braniu”. To jest chyba podstawa wszystkiego. Tak jak inwestujemy najczęściej w siebie. Czasem mówią mi kobiety, że cale życie biegały od jednej do drugiej pracy, by zapewnić dzieciom lepsze ubrania, lepsze wakacje, a nie było ich w domu. Czasami dużo trudniejsze jest bycie w domu, niż bieganie do pracy. Trudniejsze jest bycie z kimś. Nie ma prostych rozwiązań, nie ma prostych odpowiedzi. Każde życie niesie inną odpowiedź. Nie znam tych odpowiedzi, po prostu ich szukam.

– My też musimy to robić?

–Wszyscy szukamy. To jest właśnie rozeznanie obecności Pana Boga i zapytanie się, co w tej sytuacji chciałbyś ode mnie, jak chciałbyś, by moje życie dalej się potoczyło, jaki masz plan wobec mnie. Nie jest to proste, bo przyzwyczajamy się. I nagle...

– Wszystko się wali?

– A może wali? A może zmienia?

– Ale jak już ułożymy sobie tą wygodę, to potem bardzo trudno...

– Specyfika szpitala jest taka, że jeśli ja z natury jestem bałaganiarzem – to mi to pomaga.

– Bo?

– W każdym momencie ktoś może zadzwonić. Nie mam zaplanowanego, że zrobię to i to, i to będzie najlepsza rzecz na świecie. Mogę więc wstać i w każdej chwili pójść.

– Bez wyrzutów, że nie zrealizuję całej listy?

– Dokładnie tak. Nieuporządkowanie pod tym względem pomaga. Jeśli czegoś nie zrobię w tym momencie, co zaplanowałem sobie, to się świat mi nie zawala. Nie mam pretensji do Boga, ludzi, kogokolwiek. Chyba że już jestem tak zmęczony, że nie daję rady. A tak bywa.

– I co wtedy?

– Trzeba jechać. Ale boję się, bo ksiądz nie może być jak urzędnik. Więc gdy jestem już tak zmęczony, że nie daję rady, to idę do kaplicy i siedzę tam, by być w tym szpitalu. By jak ktoś zechce porozmawiać, to mnie tam zastanie. Ale wiem, że po kilku wejściach na oddziały nie jestem w stanie im pomagać.

– Czego nauczył się Ksiądz w szpitalu? Wrażliwości? Tę Ksiądz miał, więc czego?

– Ja się wszystkiego nauczyłem i uczę. Wrażliwości też, bo nigdy wszystkiego człowiek nie umie. Mam nadzieję, że wyszedłem z tym z pierwszej klasy.

– A umie Ksiądz płakać razem z tymi rodzinami?

– Niestety – tak.

– Czemu – niestety?

– Bo to jest bolesne. Wczoraj przy tych rodzicach miałem łzy w oczach, bo trudno nie mieć. Świetna dziewczyna, która walczyła dwa lata. Nie da się nie płakać czasami.

– Ale może nam daje to też takie przeświadczenie, że ten kapelan jest z nami?

– Właśnie zastanawiałem się całe życie, co ja mam robić w szpitalu. Wiem, że pierwszym zadaniem jest być. A drugim – nie wymądrzać się. Bo najgorsze, co mogę powiedzieć choremu, to że go rozumiem. W jakiejś mierze tak, jakieś doświadczenia moje mogą być zbieżne z jego. Ale rozumieć? Sam siebie próbuję rozmieć.

– Udaje się?

– Czasami. Nie jest to zadanie proste. Jest tyle bólu, że to czasem nie do przejścia. Nie śmierć jest najgorsza. Ale to, że stoisz przy kimś, on ci opowiada swoją diagnozę, i ty mniej więcej wiesz, czym to się skończy. Jeśli nie będzie cudu, to się tym skończy. To jest twój znajomy po kilku latach leczenia. Będę dziś siedział u takiego człowieka.

– A cuda się zdarzają?

– Tak. Mam zdjęcia, pokazuję ludziom. Karolinka miała 15 minut, a żyje. I zawsze pytam rodziny – jak mówią – „Cud”: „Zapytajcie lekarzy, jeśli oni nie będą umieli wytłumaczyć, ja to zrobię, ale nie nadużywajmy tego słowa”. To jest bardzo delikatna sprawa. Ale cuda są. W Koperniku jest dużo bardzo dobrych lekarzy, o dużym u doświadczeniu, umiejętnościach, jeśli oni sami nie wiedzą, czemu tak się stało, to jest to niezwykłe. Modliłem się kiedyś przy takiej chorej. Miała pół roku życia i dziesięcioletnie dziecko. Myślałem: „Boże, nie spojrzę na pogrzebie na to dziecko, nie dam rady”. Ale kobieta żyje, funkcjonuje, jest niezwykła, zresztą syn też.

– Jest tak, że choroba scala rodzinę?

– Czasami tak, czasem kłócą się o majątek nad łóżkiem. Jestem też po to, by powiedzieć, by ludzie sobie nad tym łóżkiem przebaczali. By poprosić: „Zadzwoń do tych, do których dawno nie dzwoniłeś. Z którymi jesteś pokłócony”.

– Patrzy Ksiądz na to cierpienie, odchodzenie, umieranie, dylematy – to, co jest w życiu najważniejsze?

– Miłość. Tylko ona się liczy. To może wielkie słowo, ale miłość jako umiejętność takiego szczerego, otwartego dawania siebie. To ma sens. Bo wtedy – chciał czy nie chciał – zobaczy Pani, że wiele osób będzie przy Pani zawsze. Najgorzej jest, gdy jak mówił św. Franciszek – „Miłość jest niekochana”. W tej chwili raczej się zamykamy i każdy z nas musi walczyć o miłość, ja też. By ta miłość w nas była, by nie zwyciężył egoizm, by to „ja – ja” nie okazało się najważniejsze. Ono walczy w nas. Czasem – patrząc na oczy rodzin – widzę coś niesamowitego. Byłem na kilku ślubach – i na tych ślubach nie zawsze widać takie szklące, niezwykłe oczy. W szpitalu one są. I to jest piękne.

– To ta miłość?

– Niekiedy to poświęcenie. Znam lekarkę, która spała pod łóżkiem swojego ciężko chorego taty. Jakby wstał w nocy, to ją podepcze. Będzie wtedy wiedziała, że czegoś potrzebuje. To genialne, co? Albo mamę, co spała pod łóżkiem swojej córki. Od ludzi warto uczyć się Boga, bo Bóg przemawia przez ich dobroć. Zanim zacząłem opiekować się mamą, to uczyłem się od chorych, zwłaszcza od kobiet – od Hani, Madzi – jak one się opiekowały swoimi mężami. Uczyłem się, jak się opiekować moimi najbliższymi. Całe życie się uczysz. Jak idziesz do szpitala z przeświadczeniem, że wiesz już, co masz zrobić, to najczęściej jest porażka. I więcej jest porażek niż sukcesów. Gdyby było inaczej, to tylu ludzi by nie odchodziło bez sakramentów.

– A dużo odchodzi?

– Bardzo dużo. Bo rodziny nie proszą. Pokutuje też to, że to ostatnie namaszczenie. A ja bez rodziny nie wejdę. Bo nie mogę. I tylko modlę się za tą osobę.

– To taki dramat tych ludzi...

–Tak. Bo sakramenty są o tyle ważne, by w tej chwili powiedzieć: „Opowiadam się za Bogiem”. „Bo kto się do Mnie przyzna, do tego i ja...”.

Tagi:
wywiad

Liczę, że będziemy mieli dużo pracy

2018-11-21 10:49

Katarzyna Krawcewicz
Edycja zielonogórsko-gorzowska 47/2018, str. IV

Z Ryszardem Furtakiem, nowym prezesem diecezjalnej Akcji Katolickiej, rozmawia Katarzyna Krawcewicz

Maciej Krawcewicz
Ryszard Furtak

KATARZYNA KRAWCEWICZ: – Jak wyglądała i wygląda Pana droga w Akcji Katolickiej? Od czego się zaczęło?

RYSZARD FURTAK: – Jestem związany z naszym Stowarzyszeniem od początku 1996 r. Wtedy, po rozmowach z pierwszym przewodniczącym Diecezjalnej Rady Akcji Katolickiej – Władysławem Drozdem, nasz nieżyjący już proboszcz ks. Czesław Kroczak skierował m.in. mnie na rekolekcje dla kandydatów do AK, do Rokitna. Owocem tych rekolekcji było powstanie w listopadzie 1996 r. pierwszego Oddziału AK w parafii pw. św. Alberta Chmielowskiego w Zielonej Górze, którego zostałem prezesem. W październiku 1998 r. podczas wyboru diecezjalnych władz statutowych zostałem wiceprezesem pierwszego (po władzach tymczasowych) Zarządu DIAK. Na początku 2000 r., po rezygnacji ówczesnego prezesa Władysława Drozda, kierowałem diecezjalną AK do kolejnych wyborów statutowych, kiedy to prezesem został Stanisław Rzeźniczak. We władzach diecezjalnych pracowałem przez wszystkie kolejne kadencje.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Ogólnopolski Zjazd Egzorcystów w Rokitnie

2018-11-14 16:28

Kamil Krasowski

Ich trudna posługa budzi nie lada ciekawość. Trudna, bo spotykają się w niej z tym, co nazywamy Złem osobowym, które dla ludzi wierzących wciąż pozostaje swego rodzaju tajemnicą. O kim mowa ? O egzorcystach, którzy z całej Polski przyjechali do Rokitna i w naszej diecezji przeżywali swoje dni skupienia.

Karolina Krasowska
Spotkaniu uczestniczy ok. 80 księży egzorcystów z prawie wszystkich diecezji w Polsce

W spotkaniu uczestniczyło ok. 80 księży egzorcystów z prawie wszystkich diecezji w Polsce. – Spotykamy się 2 razy w roku. Są to spotkania formacji zarówno duchowej, jak i intelektualnej. Mamy dzień skupienia, odbywa się konferencja ascetyczna, jest możliwość spowiedzi. Są konferencje, które dotyczą formacji intelektualnej. Prowadzą je różni wykładowcy i dotyczą one różnego rodzaju tematów, związanych z naszą posługą. W Rokitnie szczególnie kładziemy akcent na rodzinę, ale też na to jak towarzyszyć osobom poranionym, zniewolonym w oparciu o teksty biblijne, a więc fundament naszej wiary, ale też intelektualnie, bo będziemy mieć wykład z psychologiem i z terapeutą – powiedział ks. Janusz Czenczek z diecezji gliwickiej, koordynator egzorcystów w Polsce.

Zobacz zdjęcia: Ogólnopolski Zjazd Egzorcystów w Rokitnie

Ogólnopolski zjazd egzorcystów w Rokitnie odbywał się w dniach od 12 do 15 listopada. W środę 14 listopada wszyscy kapłani zgromadzili się w rokitniańskiej bazylice, gdzie Mszy św. przewodniczył bp Henryk Wejman. – Kolejny dzień naszego spotkania wszystkich egzorcystów w sanktuarium Matki Bożej Cierpliwie Słuchającej, rokitniańskiej Matki Pięknej Miłości. Jesteśmy tutaj w jubileuszowym roku dzięki otwartości księdza biskupa Tadeusza. Dziękujemy księże biskupie za to, że możemy tutaj, w tym sanktuarium rokitniańskim, odbywać nasze doroczne spotkania egzorcystów, a zarazem w tym jubileuszowym roku napełniać się Bożym wsparciem, Bożym błogosławieństwem do naszego posługiwania wobec tych, którzy tej pomocy szczególnie potrzebują – powiedział biskup pomocniczy szczecińsko – kamieński.

Homilię wygłosił ordynariusz diecezji zielonogórsko – gorzowskiej bp Tadeusz Lityński. – To wy, egzorcyści, macie szczególną misję życia słowem Bożym, głoszenia tego słowa, które jest lekarstwem uzdrawiającym. To znaczy, że Ewangelia ma moc, którą jest słowo Boże i w słowie Bożym, w Ewangelii jest Pan – mówił bp Lityński. –  Jesteśmy w domu Tej, Która będąc drugą Ewą w istotny, zwycięski sposób przeszkadza szatańskiemu planowi odciągnięcia ludzi od Stwórcy, co jest nieustannie realizowane przez siły zła. Jak mówi św. Ludwik Grinion de Montfort, Maryja, Najświętsza Matka Boża jest największą nieprzyjaciółką, jaką Bóg przeciwstawił Szatanowi. Jakie to ma konsekwencje dla nas ? – pytał ksiądz biskup. – Każdy kapłan prowadząc krucjatę ze złem winien korzystać z pomocy Maryi, z orędzia Jej modlitwy. Cieszę się bardzo, że właśnie to miejsce w Roku Jubileuszowym jest miejscem spotkania ze słowem Bożym, miejscem rozważania tego słowa i spotkania z Tą, Która jest napełniona Duchem Świętym, abyśmy mogli z Jej bliskości, pomocy i orędzia modlitwy jak najowocniej skorzystać. Niech Jej modlitwa będzie skuteczną tarczą, ale też orężem – dodał pasterz diecezji zielonogórsko – gorzowskiej.

Do Rokitna przyjechał ks. Krzysztof Gąsiorowski, który przygotowuje się do posługi egzorcysty. - Uczestniczę w ogólnopolskich spotkaniach egzorcystów, które odbywają się 2 razy w ciągu roku. Do posługi przygotowuję się poprzez rozmowy, spotkania, konsultacje z księżmi, którzy prowadzą tę posługę w diecezji włocławskiej. Jest to również osobista formacja, przygotowywanie się do tej posługi, którą wyznacza pasterz diecezji w odpowiednim momencie. Spotkanie w Rokitnie jest dla mnie nabieraniem doświadczenia poprzez czerpanie z rozmów, ze świadectw, konferencji, które są dla nas tutaj takim ubogaceniem. Ważne jest też przede wszystkim spotykanie się z księżmi, którzy mają większe doświadczenie - oni wiele dopowiadają, wyjaśniają, dzięki czemu nabieramy takiego przekonania, że i my damy radę. Jest coraz więcej zagrożeń, którym ulegają ludzie, którzy są coraz bardziej słabsi duchowo. Przez to, że brakuje czasu dla spraw Bożych, wkrada się zło - powiedział kapłan diecezji włocławskiej.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Franciszek: droga ku doskonałości wymaga otwarcia się na Boga

2018-11-21 10:49

tłum. st (KAI) / Watykan

„Daremne jest myślenie, że potrafimy się poprawić bez daru Ducha Świętego. Daremne jest myślenie o oczyszczeniu naszego serca w tytanicznym wysiłku samej tylko naszej woli. Musimy w prawdzie i w wolności otworzyć się na relację z Bogiem: jedynie w ten sposób nasze wysiłki mogą przynieść owoce” – powiedział Ojciec Święty podczas dzisiejszej audiencji ogólnej. W swojej katechezie papież mówił o ostatnim przykazaniu: „Nie będziesz pożądał żony [...] ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego”. Jego słów na placu św. Piotra wysłuchało dzisiaj około 10 tys. wiernych.

Vatican Media

Oto tekst papieskiej katechezy w tłumaczeniu na język polski:

Drodzy bracia i siostry, dzień dobry!

Nasze spotkania na temat Dekalogu prowadzą nas dzisiaj do ostatniego przykazania. Wysłuchaliśmy go na początku audiencji. To nie tylko ostatnie słowa tekstu, ale znacznie więcej: stanowią one wypełnienie podróży przez Dekalog, poruszając serce tym wszystkim, co zostało mu przekazane. Istotnie, jeśli przyjrzymy się lepiej, to nie dodają nowej treści. Wskazania „Nie będziesz pożądał żony [...] ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego” są co najmniej zawarte domyślnie w przykazaniach na temat cudzołóstwa i kradzieży; jaka jest więc funkcja tych słów? Czy jest to podsumowanie, czy może coś więcej?

Pamiętajmy, że zadaniem wszystkich przykazań jest wskazywanie granicy życia, a jeśli ją człowiek przekroczy, to rujnuje samego siebie i bliźniego swego, niszcząc swą relację z Bogiem. Jeśli pójdziesz dalej, zniszczysz relację z Bogiem, a następnie z innymi, przykazania to sygnalizują. Poprzez to ostatnie słowo podkreślany jest fakt, że wszystkie wykroczenia rodzą ze wspólnej przyczyny wewnętrznej: złych pragnień. Wszystkie grzechy rodzą się ze złego pożądania, zaczyna się od serca i kończymy wykroczeniem, które rani nas samych oraz innych ludzi.

W Ewangelii Pan Jezus mówi wyraźnie: „Z wnętrza bowiem, z serca ludzkiego pochodzą złe myśli, nierząd, kradzieże, zabójstwa, cudzołóstwa, chciwość, przewrotność, podstęp, wyuzdanie, zazdrość, obelgi, pycha, głupota. Całe to zło z wnętrza pochodzi i czyni człowieka nieczystym” (Mk 7,21-23).

Rozumiemy zatem, że cała droga podjęta przez Dekalog nie miałaby sensu, gdyby nie osiągnęła poziomu serca człowieka, od miejsca, w którym rodzą się te wszystkie okropne rzeczy. Dekalog okazuje się klarowny i głęboki w tym aspekcie: punktem docelowym jego podróży jest serce, a jeśli nie zostanie ono wyzwolone, to reszta na niewiele się zda. Można sprowadzić przykazania Boże do pięknej fasady takiego życia, które wciąż pozostaje egzystencją niewolników, a nie synów. Często za faryzejską maską męczącej poprawności kryje się coś brzydkiego i nierozwiązanego.

Musimy natomiast za pomocą tych przykazań dotyczących pożądań pozwolić, by zerwały z nas maskę, żeby ujawniły nam nasze ubóstwo, doprowadziły nas do świętego upokorzenia. Każdy z nas może zadać sobie pytanie, jakie brzydkie pragnienia pojawiają się najczęściej i warto się nad tym zastanowić. Człowiek potrzebuje tego błogosławionego upokorzenia: powodującego odkrycie, że nie może wyzwolić się sam, tego, z powodu którego woła do Boga, by został zbawiony. Św. Paweł wyjaśnia to w sposób niezrównany, odnosząc się właśnie do przykazania, nie pożądaj (por. Rz 7, 7-24).

Daremne jest myślenie, że potrafimy się poprawić bez daru Ducha Świętego. Daremne jest myślenie o oczyszczeniu naszego serca w tytanicznym wysiłku samej tylko naszej woli. To nie jest możliwe. Musimy w prawdzie i w wolności otworzyć się na relację z Bogiem: jedynie w ten sposób nasze wysiłki mogą przynieść owoce. Istnieje bowiem Duch Święty, który prowadzi nas naprzód.

Zadaniem Prawa biblijnego nie jest łudzenie człowieka, jakoby literalne posłuszeństwo mogło doprowadzić go do sztucznego, a ponadto nieosiągalnego zbawienia. Zadaniem Prawa jest doprowadzenie człowieka do jego prawdy, to znaczy do jego ubóstwa, które staje się autentyczną i osobistą otwartością na miłosierdzie Boga, który nas przemienia i odnawia. Tylko Bóg może odnowić nasze serce, pod warunkiem, że otworzymy Jemu serce.

Ostatnie słowa Dekalogu pouczają wszystkich, abyśmy uznali siebie za żebraków; pomagają byśmy stanęli w obliczu nieuporządkowania naszego serca i przestali żyć samolubnie a stawali się ubogimi w duchu, autentycznymi przed obliczem Ojca, dając się odkupić Synowi i pouczyć przez Ducha Świętego.

„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie” (Mt 5, 3). Tak, błogosławili ci, którzy przestają się łudzić, będąc przekonanymi, jakoby mogli się zbawić ze swojej słabości bez miłosierdzia Boga, które jedynie jest zdolne do uzdrowienia serca. Błogosławieni, którzy rozpoznają swoje złe pragnienia i z sercem pokutującym i pokornym nie stają przed Bogiem i ludźmi jako sprawiedliwi, ale jako grzesznicy. Piękne są słowa wypowiedziane przez Piotra do Pana: „Odejdź ode mnie, Panie, bo jestem człowiek grzeszny” (Łk 5,8).

To oni potrafią okazać współczucie i miłosierdzie dla innych, ponieważ doświadczają tego na samych sobie. Dziękuję.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Moje pismo Tęcza - 7/8 2018

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem