Reklama

Kalendarze 2019

Tu spotykam człowieka

2018-07-25 11:42

Anna Skopińska
Edycja łódzka 30/2018, str. 6

Archiwum prywatne
Prof. E. Kowalczk z synem i Prezydentem RP podczas uroczystości odebrania aktu nominacyjnego

Z prof. dr hab. Edwardem Kowalczykiem, który kilka tygodni temu z rąk prezydenta Andrzeja Dudy odebrał profesorski akt nominacyjny, jedynym profesorem pracującym w bonifraterskim ziołolecznictwie, rozmawia Anna Skopińska

Anna Skopińska: – Co profesor robi w poradni ziołoleczniczej? I czy Pan Profesor wierzy w zioła?

Prof. Edward Kowalczyk: – O dziwo – tak. Gdybym nie wierzył, nie byłoby mnie tutaj. Co prawda naukowo zajmuję się farmakologią, a więc sensu stricte akademicką medycyną, jednak widzę duży potencjał również w ziołach. I dlatego jestem tu od tylu lat i myślę, że jeszcze trochę, jak zdrowie pozwoli.

– Od tylu, czyli ilu?

– Od ponad dwudziestu.

– I robi Pan to z przekonaniem?

– Tak. Z przekonaniem takim, że tu w poradni ziołoleczniczej zobaczyłem swoich nauczycieli również. Nauczycieli akademickich, którzy o ziołach w zeszłym wieku mi nie mówili, a którzy przyszli tutaj, jako pacjenci.

– Do Pana?

– Dokładnie. Przecierali oczy ze zdziwienia i myślę, że oni bardziej się krępowali niż ja.

– Ale nadal studentom medycyny nie mówi się o ziołach...

– Nie mówi się, bo to jest może nie na czasie...? Ale może też z innego powodu akademicko się nie mówi. My nie lubimy preparatów, które działają, a nie potrafimy powiedzieć, dlaczego. Nie znamy mechanizmu ich działania. Nie potrafimy ocenić ich wpływu na komórkę, a chcielibyśmy, by dokładnie sprecyzować jego działanie i przewidzieć skutki tego działania. Tego w przypadku ziół nie da się powiedzieć. Przy związkach chemicznych – wiadomo. Można stworzyć inteligentne leki, ale o rumianku mówimy ogólnie, a nie o jakimś wybranym elemencie z tego rumianku.

– Czyli to się tak trochę na wiarę przyjmuje?

– Nie zawsze. Aczkolwiek mogę powiedzieć, że czasami wiara czyni cuda – przy ziołach, jak i przy lekach. Widzę takich pacjentów, którzy jak nie wierzą, to im nawet najcudowniejszy lek nie pomoże. A on powinien pomóc, bo tak mówi medycyna. Więc gdzieś ta wiara w terapii jest ważna.

– Namawia Pan swoich znajomych i pacjentów spoza poradni na zioła?

– Zdarzają się tacy, którzy rozkładają ręce przy tradycyjnej medycynie, ale droga daleka, by sięgnęli po zioła. Współczesny człowiek chce czegoś wygodnego, a u bonifratrów nie mamy preparatów wygodnych. Mamy zioła do parzenia. To nie jest coś na szybko, co przekonuje każdego człowieka. Więc do picia takich zestawów i mieszanek chyba trzeba dojrzeć. Niektórzy stoją pod ścianą i dojrzewają, niektórzy szukają i żadna medycyna nie jest im w stanie pomóc. Ani żaden profesor nie jest w stanie ich rozpoznać. Mam takich pacjentów, którzy przychodzą tu z wynikami, na podstawie których wszyscy im mówią, że jest ok. A ja zadaję pytanie – czy jestem w stanie go wyleczyć? Rodzi się pytanie – jakiego leczenia on potrzebuje?

– I jakiego? Znajduje Pan odpowiedzi?

– Właśnie tutaj mam czas. W POZ-cie nie miałbym czasu. Tu mogę porozmawiać o wszystkim. Dowiaduję się o życiu, bo tutaj pacjent często opowiada o rzeczach niekoniecznie medycznych. I często to zagubienie się w świecie jest przyczyną, że szukamy, cierpimy. Czasami dusza cierpi, a nie ciało. Nie radzimy sobie. Ale niebezpiecznie jest powiedzieć pacjentowi: – słuchaj, chyba się zagubiłeś i może niekoniecznie szukasz pomocy tam, gdzie należy.

– Niebezpiecznie, ale Pan czasem tak mówi?

– Czasami tak. Ale muszę wyczuć, czy mogę to powiedzieć. Bo gro osób nie lubi, jak im się powie, żeby zwolnili, żeby skupili się na sobie, na swoich potrzebach, a nie tylko na tym, co inni chcą od nich. Żeby nie gonili do końca tam, gdzie ktoś z nich zrezygnuje, bo przyjdzie lepszy, mocniejszy, zdolniejszy, ładniejszy. Żeby mieli umiar, a tego umiaru często teraz brakuje. Chcemy szybko, naraz, teraz, już.

– Bonifratrzy są dumni z profesora wśród nich, a Pan Profesor z tego, że jest niejako bonifratrem, też?

– Gdybym nie był dumny, to nie pracowałbym tu na pewno. Bo ktoś by powiedział – profesorze, no przecież u ciebie wizyta gdzieś w gabinecie kosztowałaby tyle, że tego ci tutaj bonifratrzy nie dadzą. Ale tu spotykam ludzi. Tu spotykam często takich, których nigdzie bym nie spotykał. I tu często potrzeba serce, a nie wiedzy.

– Ale wiedza też wspomaga...

– Oczywiście. Pod warunkiem, że mam taką wiedzę, która pozwala mi z ludźmi na różnym poziomie rozmawiać. Bo tu spotykam pacjenta i bardzo inteligentnego, z pierwszych stron gazet celebrytę, jak i takiego, o którym świat zapomniał. W świecie profesorskim takiego człowieka, o którym świat zapomniał, nikt nie widział. Bo jego nie stać byłoby na to, by przyjść do mnie... A lekarz musi takiego też widzieć.

– Czyli tu też uczy się Pan ciągle tego swojego powołania?

– Tutaj znalazłem swoje miejsce w szyku. Tutaj nie mówię: jesteś Kowalczyk po to, żeby tylko brylować, tylko: jesteś tu po to, by widzieć drugiego. Drugiego człowieka. A czy mi się udaje? Nie wiem.

– O to chyba trzeba spytać pacjentów....

– Rożnie to bywa. Na pewno są tacy, którzy są niezadowoleni z tego, co ja im mówię, inni docenią fachowość, często przychodzą po to, by dowiedzieć się, czy iść na zabieg, czy słusznie i prawidłowo są leczeni. Bywa tak, że jesteśmy jak wyrocznia. I dla niektórych jesteśmy takim ostatnim sitem, które mówi: dobrze robię czy źle.

– A są takie sytuacje, że rozkłada Pan ręce?

– Tak, ale rozkładam ręce i czasami widzę cuda. Bo cóż mogę powiedzieć, jeśli medycyna akademicka pacjentowi mówi: zostało panu pół roku życia, a on po trzech latach do mnie przyjeżdża i mówi: to nie duch, to ja, z krwi i kości! Co go trzyma przy tym życiu? – rodzi się takie pytanie. Można by powiedzieć: pewnie zioła, a może ta wiara go trzyma? Dla mnie nieważne. Ważne, że on jest, że egzystuje, że w miarę swoich możliwości żyje. I przez lata mojej pracy tutaj wiele takich osób widziałem. Czy to jest cud? Akademicko powiedziałbym – chyba z pogranicza cudu.

– Profesura to ukoronowanie Pana kariery naukowej?

– Tak. Jest zwieńczeniem tego, co robię naukowo. Wiadomo, że bonifratrzy to jest taka moja odskocznia, mój relaks. Taka prawdziwa medycyna to jest medycyna akademicka. To jest moje hobby, moje życie, mój świat. Mogę śmiało powiedzieć: do bonifratrów przychodzę odpocząć. A na takim full pracuję naukowo.

– Czyli jest Panu potrzebne to miejsce...

– Traktuję je w pewnym sensie jako swoją terapię. Aby działać długo, muszę korzystać z różnych poziomów. Czyli tam, gdzie na maksa potrzebuję – maksymalnie wykorzystać swój umysł, a tutaj – pacjenci często nie wymagają ode mnie skrupulatnej wiedzy medycznej. Oni wymagają ogólnych wskazówek. Często empatii, porozmawiania, zrozumienia, współczucia. I tutaj to znajduję.

– A ziololecznictwo ma przyszłość?

– Trudne pytanie. Chyba będzie to zależało od wielu osób. Dzisiaj chcemy terapii inteligentnej. Zioła tego nie przyniosą. A z drugiej strony, weźmy pod uwagę, że to rośliny są często źródłem pozyskania leku.

– Ale ten nasz powrót do natury...

– On jest, tylko my za daleko poszliśmy już w chemię. W żywność przetworzoną, w to wszystko, co nas otacza, więc boję się, że młode pokolenia do tego już nie będą wracały. My wchodząc w nowoczesną medycynę, w naukę, zatraciliśmy źródło. Tak, jak urbanizacja, przemysł straciły wieś i to, co ta wieś dała, tak w medycynie uwierzyliśmy firmom farmaceutycznym i uwierzyliśmy lekom. A z tej wiary i powtarzania, że to jest skuteczne, dobre, jedyne, trudno się wycofać. I kto miałby to zrobić?

– Może lekarze z takich poradni?

– Jest dużo ośrodków, które zajmują się ziołolecznictwem, fitoterapią. Natomiast tak, jak powiedziałem – świat potrzebuje medycyny opartej na dowodach i faktach. Tam musi być twardy dowód – stosuje się, już działa, pomaga w jakimś procencie. A tu?

– Też mówimy, że działa...

– Nie można tego zanegować, oczywiście. Widzę sytuacje, w których ewidentnie te preparaty i zioła są czasami lepsze niż kolejne preparaty farmakologiczne przyjmowane przez pacjentów. Ale do tego każdy powinien dojrzeć. Do picia ziół, jak i przyjmowania leków. Tak, jak powiedziałem – lek pomoże, jeśli wierzysz lekarzowi, że on chce dobrze. A jeżeli ty masz swoją wiedzę, swoją informację na temat choroby i szkodliwości leków, to ci chyba ten cudowny lek nie pomoże.

– A Panu Profesorowi z poradni ziołoleczniczej warto uwierzyć? Trzeba uwierzyć?

– Nie mam interesu kłamać. To jest pierwsza rzecz, bo wiadomo, że nie mam od sprzedanej ilości ziół zarobku. Muszę wyważyć pomiędzy leczeniem farmakologicznym a ziołami. Chciałbym, aby z moich porad korzystali pacjenci i wiedzieli, że chcę dla nich dobra. Chcę spokojnie patrzeć w lustro, że nikogo nie oszukałem.

– Patrzy Pan spokojnie.

– Póki co, tak.

Tagi:
wywiad ziołolecznictwo

Zioła na długowieczność

2018-04-25 11:32

Anna Skopińska
Edycja łódzka 17/2018, str. IV

Z Janem Kubiakiem, honorowym bonifratrem, zielarzem łódzkiego konwentu bonifratrów i spadkobiercą tajników leczenia ziołami braci z Wilna, rozmawia Anna Skopińska

Kamil Gregorczyk
Jan Kubiak, honorowy bonifrater

ANNA SKOPIŃSKA: – Panie Janie, nasi Czytelnicy poprosili o zadanie takiego pytania: Czy istnieje recepta na długowieczność?

JAN KUBIAK: – Są tylko pewne przepisy, zasady, co robić, by żyć długo i szczęśliwie. W rodzinie mojego ojca było ośmioro rodzeństwa, wszyscy byli długowieczni – żyli od osiemdziesięciu do dziewięćdziesięciu kilku lat.
Nasuwa się więc pytanie: Co było przyczyną? Żyli w trudnych warunkach materialnych. Posiłki były skromne, nie dojadano, zachowywano post. Ale wszyscy byli zahartowani. Gimnastykowali się – to było obowiązkiem – codziennie po 10-15 min. Pamiętam, że w pokoju był zainstalowany drążek, na którym zawsze trzeba było robić po kilka koziołków. Akurat dziś była u mnie pani w sprawie swojej mamy – 98 lat, która jest w jeszcze bardzo dobrej kondycji i mieszka w Łodzi. Więc coś jest w tym, że łodzian w tak późnym wieku jest dużo.

– To ze względu na tą biedę?

– Oczywiście. Po prostu takie były czasy – wojna i czas po niej, bieda – więc nie dojadano. Nie stać było ludzi na to, by się przejadać. Przestrzegano też zasad. I jak nadchodził Wielki Post, to on też był z korzyścią dla zdrowia. I to można było kontynuować jeszcze po dzień dzisiejszy, ale nie wszyscy jakoś tego przestrzegają.

– Widzi Pan to po swoich pacjentach?

– Widzę i słucham tego, co mówią. Dziś wszystko się zmieniło. Dzieci rodzą się słabsze, jest dużo wcześniaków, niedonoszone ciąże na skutek palenia papierosów, picia alkoholu. Czy Pani wie, że gdy byłem w liceum, to na pytanie wychowawczyni, kto pił alkohol podniosły się trzy ręce na trzydziestu uczniów? Proszę obecnie zapytać o to gimnazjalistów.
Także o wczesną inicjację seksualną. Przychodzą do mnie panowie, którzy w młodym wieku już mają z tym problem. Młodzi ludzie chorują na trzustkę, wątrobę, cukrzycę, wielu ma problemy z nadwagą. Więcej ludzi nosi okulary, bo ma problem ze wzrokiem. Jednym słowem jest to pokolenie słabsze.

– Ale to z czegoś się wzięło. Można przecież żyć zdrowo – nawet teraz widać duży zwrot i zainteresowanie powrotem do natury, zdrowym żywieniem czy w ogóle stylem życia...

– Z moich kilkudziesięcioletnich obserwacji i pracy z ludźmi wynika, że przyczynami są zanieczyszczenie środowiska, w którym żyjemy, stosowanie w nadmiernych ilościach nawozów sztucznych, oprysków i produkowana – jakościowo gorsza – żywność. Przecież zanieczyszczenie powietrza jest tak duże, że corocznie umiera od smogu wielu ludzi. Przemysł chemiczny i ciężki spowodował zanieczyszczenie gleby i wody.

– Możemy jakoś sobie pomóc?

– Podstawa to raz w roku robić analizy i badania lekarskie, aby upewnić się o stanie swojego zdrowia. Trzeba pamiętać o wczesnym wstawaniu, a wieczorem kłaść się spać o godz. 22. Zamiast oglądać telewizję chodzić na spacery.
Należy wietrzyć pomieszczenia, w których się przebywa, szczególnie sypialnię, jeść posiłki regularnie – zaleca się pięć w ciągu dnia – na śniadanie i obiad więcej, na kolację mniej i zjadać ją przed godz. 19. Unikać stresów, być wesołym i miłym, słownym i punktualnym, nie przeklinać, nie zadawać pytań, które mogą spowodować, że ktoś będzie się czuł zażenowany czy będzie kłamał. A jeśli zdrowie zaczyna się pogarszać, to udać się do lekarza.

– Te zielarskie receptury też mogą nas wesprzeć?

– Jak najbardziej. Trzeba pamiętać o oczyszczaniu organizmu z toksyn i codziennym piciu ziół. Zamiast kawy i herbaty. Bo po to Bóg stworzył zioła i nauczył ludzi i zwierzęta, jak z nich korzystać, by żyć długo i szczęśliwie. Ja piję je z dobrym skutkiem, mając już ponad 80 lat.

– Jakie to zioła?

– Miłorząb japoński, kwiat głogu, melisę , skrzyp, kocimiętkę, różę i aronię. A dzieci zachęcam do uprawiania sportu.

– A co zaleca Pan w diecie?

– Trzeba kontrolować to, co zjadamy. By te posiłki były lekkostrawne, by sprawiały radość, jeśli samemu potrafi się jeszcze coś przygotować. Ale nie można jadać za dużo, trzeba jadać częściej, a w mniejszych ilościach. To są wówczas takie zalety dla organizmu, by się dobrze rozwijał i wtedy też inne myśli przychodzą do głowy. Wówczas człowiek nie popada w sklerozę. Bo największym teraz zagrożeniem w starszym wieku jest brak pamięci.

– Ale do tego też w jakiś sposób można się przygotować i podeprzeć ziołami...

– Jeśli chodzi o zioła, to konieczny jest kwiat głogu, owoc głogu, melisa, serdecznik, ale najważniejszy jest miłorząb japoński.

– Na pamięć?

– Oczywiście. Miłorząb to taka rewelacja w dzisiejszych czasach. To roślina, która po Hiroszimie pierwsza z gruzów i zgliszczy wyrosła. Dużo badań prowadzi się nt. zastosowania miłorzębu, zresztą wiele innych roślin poddaje się badaniom. Choć ja generalnie bazuję na tych ziołach, które wyrosły już tu na terenie Polski. Tak jakoś Pan Bóg to ułożył, że na wszystko jest. Więc jak najbardziej można mieć zaufanie do ziół. Ale by były efekty, trzeba pić je regularnie. Nie można przerywać leczenia.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Płyta - Wojna totalna 300x400

Beatyfikacja hiszpańskiego jezuity - Jezusowego szaleńca

2018-10-20 15:36

vaticannews / Malaga (KAI)

Był sługą Boga, który ze swego życia uczynił nieustanną, przykładną i heroiczną drogę całkowitego oddania się Panu i braciom, szczególnie tym najsłabszym – tak o wyniesionym dziś na ołtarze nowym błogosławionym Tiburcio Arnaizie Muñozie mówił kard. Angelo Becciu. W hiszpańskiej Maladze prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych przewodniczył w imieniu Papieża Mszy beatyfikacyjnej.


Bł. Tiburcio Arnaiz Muñoz

Kard. Becciu podkreślił, że nowy błogosławiony czuł się współodpowiedzialny za zło duchowe i moralne swoich czasów i wiedział, że nie zbawi się bez zbawienia innych. Wskazał też na aktualność przesłania błogosławionego jezuity, którego nazywano „Jezusowym szaleńcem”.

„Jest on przykładem człowieka, który nie zadowala się tym, co już osiągnął, ale posłuszny pragnieniom serca pragnie się powierzyć Bogu z jeszcze większą radykalnością” – mówił homilii beatyfikacyjnej kard. Becciu. Wskazał, że odpowiedział on na miłość Boga poprzez coraz większe oddanie się służbie i miłości do ostatnich, odrzuconych. „Jak bardzo nasze czasy potrzebują coraz większych serc, otwartych na potrzeby duchowe i materialne tak wielu braci, którzy oczekują od nas słów wiary, pocieszenia i nadziei, jak również troskliwych gestów przyjęcia i wspaniałomyślnej solidarności” – podkreślił Prefekt Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Bł. Tiburcio Arnaiz Muñoz żył w Hiszpanii na przełomie XIX i XX w. Po 12 latach posługi jako ksiądz diecezjalny wstąpił do zakonu jezuitów, aby doskonałej wypełnić swoje pragnienie służby Bogu i ludziom. Czynił to poprzez bardzo głębokie i intensywne życie duchowe, które pomagało mu w pełnym oddaniu się tym, którzy potrzebowali jego posługi szczególnie w szpitalach i więzieniach.

Gdy przełożeni wysłali go do Malagi zaangażował się w pomoc i formację najuboższych robotników w najbardziej peryferyjnej części miasta, gdzie Kościół praktycznie był nieobecny, a przechodzących tamtędy kapłanów obrzucano zdechłymi szczurami. Swoją działalnością apostolską objął także biedaków mieszkających w wioskach okalających miasto. Dla nich utworzył grupę katechistów i katechistek, którzy docierali tam z Ewangelią. Analfabetów i biedaków uczył czytać i pisać. Szybko stał się znany oraz kochany i szanowany przez wszystkich. Zmarł w 1926 r. W czasie mszy pogrzebowej nazwano go „Jezusowym szaleńcem”, który nawet jeżeli osierocił swoje miasto, to z nieba nie przestaje go chronić i wspierać.

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Do beatyfikacji Piusa XII brakuje tylko uznania cudu

2018-10-20 21:17

kg (KAI/OR) / Watykan

Brakuje tylko cudu przypisywanego wstawiennictwu Piusa XII, aby można było go ogłosić błogosławionym – oświadczył sekretarz Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych abp Marcello Bartolucci. Był on gościem dnia pamięci tego papieża w miasteczku Onano (prow. Viterbo w środkowych Włoszech) w 60. rocznicę jego śmierci. W miejscowości tej przyszły papież, jeszcze jako Eugenio Pacelli, zwykł był spędzać wakacje letnie.

wikipedia.org

Mówca zapewnił, że ów brak potwierdzonego cudu nie oznacza, że „świętość Piusa XII była słaba” i dodał, że w odniesieniu do beatyfikacji i kanonizacji „czasy Boże nie zawsze pokrywają się z naszymi czasami”. Podkreślił, że „dla beatyfikacji tego papieża nie wystarczy wspominanie, poznawanie jego dorobku, podziwianie czy chwalenie go, ale konieczne jest przywoływanie go [w modlitwie]”. Zwrócił uwagę, że w życiu ludzkim jest bardzo wiele bolesnych i rozpaczliwych zdarzeń, o czym można się przekonać, "przechodząc po jakimkolwiek szpitalu”. „Dlatego jeśli od dziś będziemy częściej przyzywać Piusa XII, pomożemy konkretnie sprawie jego beatyfikacji” – zaznaczył sekretarz Kongregacji.

Poparcia dla tego procesu udzielił również Franciszek, który w podpisanym przez sekretarza stanu kard. Pietro Parolina telegramie do uczestników spotkania w Onano nazwał swego poprzednika „duszpasterzem wielkiego formatu, szczerym przyjacielem ludzkości i wiernym sługą Ewangelii”. Ojciec Święty życzył, aby czciciele papieża Pacellego, „wspierani jego przykładem po chrześcijańsku heroicznym, mogli kroczyć naprzód z mocą i ufnością pokładaną w świadectwie wiary i miłości, stając się narzędziami tego pokoju, opartego na sprawiedliwości, o który nieustannie błagał on dla świata”.

Zdaniem abp. Bartolucciego „Pius XII cieszył się sławą świętości zarówno za życia, jak i po swojej śmierci”. Jego grób w bazylice św. Piotra nawiedzały niezliczone tłumy ludzi, aby „upamiętnić jego dzieło jako pasterza i dobroczyńcy Kościoła i ludzkości w strasznych latach, jego ducha modlitwy i uwagę, jaką poświęcał on różnym kategoriom Kościoła i społeczeństwa, jego nauczanie, skupiające się na złożoności naszych czasów” – podkreślił wysłannik watykański. Jednocześnie zauważył, że nie można zapominać o „świętości jego życia, jego oczywistej jedności z Bogiem, jego miłości i wielu innych cnotach chrześcijańskich”.

Wszystkie te zalety są szczególnie ważne w kontekście „kampanii zniesławiania” tego biskupa Rzymu a przede wszystkim oskarżeń o „jego działalność w latach wojny”, która miała się odznaczać „milczeniem i obojętnością w obliczu cierpień narodu żydowskiego”. Były to „prawdziwe oszczerstwa, wywołujące wiele hałasu”, ale w rzeczywistości „nie miały one żadnego wpływu na świadectwa składane w czasie procesu kanonicznego i łatwo obalali je prawdziwi i bezstronni historycy, podczas gdy dezinformacje, prymitywne i nacechowane ideologicznie, były chwiejne i błędne” – podkreślił arcybiskup. Dodał, że o tym wrogim klimacie, sztucznie stworzonym wokół Piusa XII, często wspominali świadkowie zeznający w czasie procesu beatyfikacyjnego.

Sekretarz Kongregacji zauważył ponadto, że Stolica Apostolska już wcześniej otworzyła swe archiwa, aby zbadać i uporządkować dokumenty na temat Piusa XII i jego postawy w latach 1939-45. Wynikiem tych działań jest 12 tomów o łącznej liczbie 7998 stron „Studiów i dokumentów Stolicy Apostolskiej dotyczących II wojny światowej” (po francusku). Wraz z innymi monografiami autorstwa naukowców i bezpośrednich świadków tamtych wydarzeń rzuciły one światło na roztropność i miłość tego papieża, ukazując zarazem niesprawiedliwość stawianych mu zarzutów – stwierdził abp Bartolucci.

Zaznaczył również, że wśród tych, którzy nie odczuwali potrzeby badań archiwalnych i historycznych, „aby poznać prawdziwe oblicze i prawdziwe serce Piusa XII", był Paweł VI. To on zapowiedział jednoczesne rozpoczęcie spraw beatyfikacyjnych tego papieża i jego następcy – Jana XXIII. „Historiografia współczesna jest ukierunkowana na poważniejsze i bardziej obiektywne odczytanie pontyfikatu i postaci Piusa XII. Z drugiej strony oficjalne uznanie jego cnót heroicznych mówi jasno i ostatecznie o jego wzorowej wierności Ewangelii i misji Kościoła” – zakończył swą wypowiedź sekretarz Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych.

Pius XII (1876-1958) kierował Kościołem w latach 1939-58, a więc pierwsze lata jego pontyfikatu (został wybrany papieżem w dniu swoich 63. urodzin – 2 marca) przypadły na czas II wojny światowej. I właśnie jego postawa w tym czasie budziła najwięcej zastrzeżeń, gdyż zarzucano mu milczenie, a nawet obojętność wobec cierpień ofiar tej tragedii dziejowej, a zwłaszcza Żydów. Tymczasem podejmował on wiele działań, choć w większości w ukryciu, aby ratować ten naród, polecił m.in. otwarcie wszystkich klasztorów rzymskich, łącznie z klauzurowymi, i udzielać w nich schronienia Żydom, których następnie przerzucano za granice, głównie do Ameryki Łacińskiej. Gdy zmarł 9 października 1958 w Castel Gandolfo, ówczesna minister spraw zagranicznych, a później premier Izraela Golda Meir napisała w depeszy kondolencyjnej: "Opłakujemy wielkiego sługę pokoju".

CZYTAJ DALEJ

Reklama

Jestem od poczęcia

Reklama

Najczęściej czytane

W związku z tym, iż od dnia 25 maja 2018 roku obowiązuje Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia Dyrektywy 95/46/WE (ogólne rozporządzenie o ochronie danych) uprzejmie Państwa informujemy, iż nasza organizacja, mając szczególnie na względzie bezpieczeństwo danych osobowych, które przetwarza, wdrożyła System Zarządzania Bezpieczeństwem Informacji w rozumieniu odpowiednich polityk ochrony danych (zgodnie z art. 24 ust. 2 przedmiotowego rozporządzenia ogólnego). W celu dochowania należytej staranności w kontekście ochrony danych osobowych, Redaktor Naczelna Tygodnika Katolickiego „Niedziela” wyznaczyła w organizacji Inspektora Ochrony Danych.
Więcej o polityce prywatności czytaj TUTAJ.

Rozumiem